Prymas Stefan Wyszyński – prymasostwo

„Gdy będę w więzieniu, a powiedzą wam, że Prymas zdradził sprawę Bożą – nie wierzcie! Nigdy nie zdradziłem i nie zdradzę sprawy Kościoła, choćbym miał za to zapłacić życiem i własną krwią.

Gdyby mówili, że Prymas ma nieczyste ręce – nie wierzcie! Nigdy nie sięgałem po nic dla siebie.

Gdyby mówili, że Prymas stchórzył – nie wierzcie! Nigdy nie byłem tchórzem. Wołałbym zginąć niż stchórzyć.

Gdyby mówili, że Prymas działał przeciwko narodowi i własnej Ojczyźnie – nie wierzcie! Kocham Ojczyznę więcej od własnego serca i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię dla Niej.”

Słowa Prymasa wypowiedziane na krótko przed trzyletnim uwięzieniem podczas wizytacji Bazyliki Serca Jezusowego w Warszawie, 20 września 1953 roku

 

„Dziewięcioletnie przygotowanie do Millenium winno całą Polskę przeobrazić wewnętrznie. Los komunizmu rozstrzygnie się w Polsce. Jak Polska się uchrześcijani, stanie się wielką siłą moralną, komunizm sam przez się upadnie. Losy komunizmu rozstrzygną się nie w Rosji, lecz w Polsce. Polska pokaże całemu światu, jak się brać do komunizmu i cały świat będzie jej wdzięczny za to!”

Prymas Stefan Wyszyński, rok 1957, początek Wielkiej Nowenny

 

Prymasowi Polski w 1948 r. przyszło sprawować funkcję w szczególnie niesprzyjających warunkach – w opanowanym przez reżim komunistyczny i zniszczonym wojną kraju.

Od początku wręcz ryzykował życiem. Funkcjonariusze komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa zorganizowali zamach na Prymasa Wyszyńskiego już w styczniu 1949 r., gdy jechał z Gniezna do Warszawy. Prób takich będzie więcej. Prymas Polski nigdy nie będzie ich nagłaśniał i… ani na jotę nie zmieni swego postępowania.

Nie znaczy to by Wyszyński był człowiekiem absolutnie bezkompromisowym. Gdzie tylko możliwe szukał z komunistycznymi władzami pola kompromisu. Zdawał sobie sprawę z tego, jak dużo od niego zależy. Miał przecież specjalne papieskie pełnomocnictwa (specialissimae facultates), które poza samodzielnymi rządami w Kościele polskim, obejmowały opiekę nad katolikami w całym Związku Sowieckim oraz wiernymi obrządku grekokatolickiego – zazwyczaj Ukraińcami.

Prymas wyświęcał nielegalnie wielu kapłanów ze Związku Sowieckiego jak np. słynnego bakteriologa, lwowskiego profesora Henryka Mosinga, czy ks. Jana Cieńskiego. Również grekokatolicy, prześladowani w ZSRS z wyjątkową zajadłością, mogli zawsze liczyć na opiekę Prymasa. Jeden z nich – bazylianin o. Jankiw przypominał po latach, że w czasie święceń kapłańskich, jakie otrzymał w latach siedemdziesiątych Prymas przepowiedział mu, że będzie służył w niepodległej – „samostijnej” Ukrainie.

Tymczasem jednak komunizm daleki był od upadku. Przeciwnie, komuniści, po zniszczeniu legalnej opozycji i podziemia niepodległościowego, postanowili zlikwidować ostatnią ostoję wolności sumienia i polskości – Kościół katolicki. Nawet wcześniej, od chwili wkroczenia Armii Czerwonej wielu kapłanów i zakonnic, zwłaszcza na Śląsku, zostało bestialsko zamordowanych. Terror nie słabł także w latach późniejszych. Mordowano szczególnie tych kapłanów, którzy byli kapelanami oddziałów partyzanckich jak ks. Michał Pilipiec czy o. Władysław Gurgacz. Setki kapłanów i sióstr zakonnych trafiło do więzień. Prymas Wyszyński pamiętał o nich wszystkich. Starał się wspierać aresztowanych i prześladowanych.

Zarazem jednak chciał uchronić Kościół w Polsce od losu Kościołów w państwach ościennych, w Czechosłowacji czy na Węgrzech, gdzie ich struktury zostały niemal całkowicie rozbite i uzależnione od komunistów. Dlatego, chcąc zyskać na czasie, zdecydował się na zawarcie z władzami porozumienia w dniu 14 kwietnia 1950 r.

Był to bardzo kontrowersyjny dokument, zawierający m.in. potępienie „bandytyzmu”, to jest niepodległościowej partyzantki. Wiele osób – zarówno w Polsce, jak i w Rzymie – nie rozumiało go i krytykowało młodego prymasa. Za cenę zawarcia porozumienia władze zgodziły się jednak na zachowanie nauki religii w szkole, istnienie szkół zakonnych i działanie niezależnego KUL-u.
Kompromis ten, chroniący niejako Kościół polski przed unicestwieniem i kapitulacją okazał się na dłuższą metę nie do utrzymania. Komunistom nie chodziło bowiem o jakikolwiek konsensus z „reakcyjnym klerem”. Kościół miał zostać po prostu zmarginalizowany i stać się elementem polityki państwowej – w swej istocie antypolskiej i ateistycznej.

Już wkrótce do więzień trafili biskupi z ordynariuszem kieleckim Czesławem Kaczmarkiem na czele. Ataki propagandy antyklerykalnej nie ustawały ani na chwilę. Ich głównym celem stał się Prymas. W tej ciężkiej chwili papież Pius XII starał się wesprzeć Wyszyńskiego – w listopadzie 1952 r. został on wyniesiony do godności kardynalskiej. Kapelusz będzie mógł jednak odebrać osobiście dopiero po październiku 1956 r.

W lutym 1953 r. komuniści wydali dekret zobowiązujący biskupów i kapłanów do składania ślubowania na wierność PRL i przyznający sobie prawo do obsady wszystkich stanowisk duchownych w Kościele! Groziło to samemu istnieniu Kościoła. Tego było już za wiele, nawet dla prymasa Wyszyńskiego – zawsze pełnego wobec nieprzyjaciół uczuć chrześcijańskiego miłosierdzia.

W maju, na jego wniosek, Episkopat Polski wystosował do przewodniczącego KC PZPR Bolesława Bieruta memoriał, w którym biskupi pisali: „Gdyby postawiono nas wobec alternatywy: albo poddanie jurysdykcji kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista ofiara, wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym pokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, lecz tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno. Non possumus!”

Na efekty tego memoriału Prymas długo nie musiał czekać…

25 września 1953 r., gdy w pałacu arcybiskupim na Miodowej niemal wszyscy już spali, ciszę nocną przerwało walenie do bramy. Gdy otworzono do wnętrza wtargnęli funkcjonariusze UB. Jednego z nich ugryzł pies Prymasa – Baca. Wówczas gospodarz, choć bardzo poruszony nagłym najściem, nakazał opatrzenie rannego. Do aresztującego go pułkownika Więckowskiego, który wydał rozkaz zabrania rzeczy osobistych powiedział: „Przyszedłem tu z gołymi rękoma i tak odejdę. Nie mam nic własnego, z wyjątkiem książek.” Odmówił podpisu pod decyzją o aresztowaniu, napisał tylko: „Powyższe przeczytałem.” I wsiadł do czekającego nań samochodu z ciemnym zasłonami, którym odjechał w nieznane.

Prymas przetrzymywany był kolejno w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim i Prudniku Śląskim. 8 grudnia 1953 r. dokonał osobistego aktu oddania się Matce Najświętszej. Modlitwa do niej była dla niego podporą w chwilach najtrudniejszych. Przetrzymywany był w bardzo złych warunkach. Pokoje były małe, zimne i zagrzybione. Odcięto go zupełnie od kontaktów z ludźmi. Także najbliższą rodziną. Traktowano Prymasa nadzwyczaj surowo. Nie dość, że we wszystkich pomieszczeniach w których przebywał zainstalowano podsłuchy, to jeszcze dwoje przymusowych współwięźniów Wyszyńskiego – siostra zakonna i ksiądz było donosicielami bezpieki.

I w tych warunkach Prymas nie pozwala sobie na najmniejszą słabość. Jego wszystkie dni wypełnione są pracą duchową i modlitwą. I choć szybko orientuje się, że jest na co dzień z delatorami nie daje im tego odczuć i włącza do swego więziennego życia. Modli się także za swych prześladowców. Oto jak zareagował na śmierć Bolesława Bieruta – sowieckiego agenta, człowieka który wydal rozkaz jego uwięzienia: „Tym więcej pragnę modlić się o miłosierdzie Boże dla człowieka, który tak bardzo mnie ukrzywdził.”

Władze przygotowywały proces kardynała Wyszyńskiego. Zrezygnowały z niego wobec jego bohaterskiej, niezłomnej postawy. Ten człowiek zaiste nie nadawał się do „pokazówki” – taki proces mógłby komunistów tylko skompromitować. Paradoksalnie właśnie wtedy zaczęto go powszechnie uważać za interrexa Polski, tak jak prymasów dawnej Rzeczypospolitej, którzy pełnili tę funkcję „tymczasowego monarchy” w okresach bezkrólewia.

Jesienią 1955 r. władze państwowe przeniosły swego więźnia stanu do klasztoru sióstr nazaretanek w bieszczadzkiej Komańczy. Tu już mógł odetchnąć nieco swobodniej. Mógł chodzić na kilkukilometrowe spacery i przyjmować gości – w tym ojca i „ósemki”. Na zachowanych zdjęciach widać jak bardzo był wychudzony. Stopniowo powracał jednak do zdrowia i natychmiast przystąpił do gigantycznej pracy, o której myślał już w Prudniku. Nadchodził wielki jubileusz 300-lecia ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza, a w perspektywie zbliżało się Milenium – Tysiąclecie Chrztu Polski.

To w Komańczy powstały Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego, które przemycone do Częstochowy powtarzał milionowy tłum wiernych 26 sierpnia 1956 r. Na pustym tronie Prymasa Polski paulin – ojciec Tomziński – położył biało-czerwone róże. W Komańczy powstał również zarys Wielkiej Nowenny (1957 – 1966), gigantycznego programu duszpasterskiego który przez 9 lat był realizowany we wszystkich kościoła w Polsce. Był on połączony z peregrynacją kopii jasnogórskiego obrazu Czarnej Madonny po parafiach całego kraju. Dalekosiężność i dar przewidywania więźnia z Komańczy były zdumiewające.

Jesienią 1956 r., gdy w Polsce narastało społeczne wzburzenie, komuniści na czele z nowym szefem partii – Władysławem Gomułką mimo początkowych oporów uznali, że tylko autorytet Wyszyńskiego może uspokoić nastroje. Trzeba było iść do Canossy… Prymas, po spełnieniu przez władze wszystkich jego żądań, wrócił tryumfalnie do Warszawy, do pałacu na Miodowej skąd brutalnie go wywieziono 3 lata wcześniej.

Zaczął się nowy etap trudnej koegzystencji Kościoła i totalitarnego reżimu. Np. już w lipcu 1961 r., mimo protestów Episkopatu i tysięcy wiernych usunięto naukę religii ze wszystkich szkół. Paradoksalnie, zaowocowało to wzrostem frekwencji dzieci i młodzieży w punktach katechetycznych zorganizowanych natychmiast przy wszystkich parafiach w naszym kraju.

W latach sześćdziesiątych Prymas starał się aktywnie uczestniczyć w obradach Soboru Watykańskiego II (starał się bo władze często, złośliwie pozbawiają go paszportu). Wyszyński z wielkimi nadziejami powitał odnowę soborową, lecz niej jej późniejsze, zwłaszcza w liturgii nadużycia i wypaczenia. Postanowienia Soboru wprowadzał do Polski stopniowo i roztropnie. Wielka to jego zasługa, że dzięki tej rozwadze, w trudnych latach posoborowego kryzysu kościoły w Polsce – w przeciwieństwie do Zachodu – nie zaczęły świecić pustkami, a autorytet Kościoła zamiast maleć nawet wzrósł.

W 1965 r., w przededniu Milenium, Episkopat Polski wystosował do Episkopatu Niemiec orędzie pojednania ze słowami: „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Sformułowanie to było pretekstem do rozpętania przez Gomułkę gwałtownej antyklerykalnej kampanii nienawiści do Kościoła i biskupów, oskarżając ich o zdradę Polski. I sekretarz obraził Prymasa osobiście. Wyszyński zareagował na to ze spokojem i odpowiadał swym oszczercom modlitwą. Mimo agresywnej propagandy Polacy dość szybko spostrzegli po czyjej stronie była racja. Bez pojednania z Niemcami nie mogło być wszak mowy o ostatecznym uregulowaniu granic państwa. W kościelnych obchodach tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce w 1966 r. wzięły udział setki tysięcy ludzi, radośnie witając Prymasa w całym kraju. Walka o duszę narodu została wówczas na długo rozstrzygnięta na korzyść Kościoła.

Władze zareagowały na swą porażkę agresją – Ojciec Święty Paweł VI nie mógł przybyć do Polski na obchody Milenium. I znów fotel – tym razem papieski – przy obrazie Czarnej Madonny stał pusty. Bojówki ormowców i ubeków obrażały Prymasa i biły zgromadzonych w Warszawie wiernych. Wreszcie, komuniści „aresztowali” obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, chcąc powstrzymać jego dalszą peregrynację. Po kraju „pielgrzymowały” więc puste ramy, gromadząc ogromne rzesze ludzi.

W 1968 r. Prymas dwa razy zabrał głos – potępiając antyinteligencka i antysemicką nagonkę rozpętaną przez komunistów oraz po agresji państw Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Z wielkim bólem przeżywał także masakrę robotników Wybrzeża w grudniu 1970 r., za którą odpowiadali Gomułka, Kliszko i Jaruzelski. Wkrótce przyjął na Miodowej ciężko doświadczonych stoczniowców z ich duszpasterzem – ks. Henrykiem Jankowskim. Do nowej ekipy Edwarda Gierka podchodzi sceptycznie, choć jak zawsze, szuka punktów wspólnych z władzami.

17 października 1971 r. dane było Prymasowi przeżyć chwilę szczęścia i radości. W Rzymie Paweł VI beatyfikował o. Maksymiliana Kolbego – franciszkanina i oświęcimskiego męczennika. W ten sposób długoletnie starania Wyszyńskiego znalazły swój szczęśliwy finał.

W latach siedemdziesiątych na wszelkie próby ograniczania podmiotowości społeczeństwa Prymas reaguje stanowczo, jak chociażby w 1976 r. na wpisanie do konstytucji przewodniej roli partii komunistycznej i sojuszu ze Związkiem Sowieckim. Z krakowskiej Skałki mówił: „(…) w Polsce Kościół staje w obronie – że się tak wyrażę – narodowej racji stanu, co oznacza coś więcej aniżeli polityczna racja stanu; bo polityczna racja stanu zmienia swoje wymiary, natomiast naród trwa, ma swoją wiarę, swoje zasady moralne, swoją kulturę religijną, narodową, swój obyczaj narodowy i stoi na straży tych wartości, które od razu nie powstają, ale też i zniszczyć się od razu nie dadzą.”

Prymas zyskuje olbrzymi autorytet nie tylko w Polsce. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych zgłoszono nawet jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla.

Od 1978 r. na Stolicy Piotrowej zasiada Polak – Jan Paweł II, który jako arcybiskup krakowski Karol Wojtyła był długoletni bliski współpracownik Prymasa Wyszyńskiego.

Komunistyczne władze chciały wcześniej tych dwóch wielkich ludzi skłócić. Prymas jednak coraz bardziej przekonywał się do arcybiskupa Wojtyły. Ojciec Tomziński wspomina ich ostatnie wspólne wakacyjne spotkanie w podwarszawskim Fiszorze. Po odjeździe krakowskiego arcybiskupa Prymas zwierzył się ojcu Jerzemu: „Nie przypuszczałem, jak wielkim człowiekiem jest Wojtyła”. Wkrótce zaś przekonać miał się o tym cały świat.

Jan Paweł II przyjechał do kraju już w 1979 r. Jego pielgrzymka zmieniła dzieje Polski i Europy. Papieża witał prymas Wyszyński, który zostanie nazwany przez Jana Pawła II Prymasem Tysiąclecia. Ta pielgrzymka, w czasie której Ojciec Święty wielokrotnie podkreślał rolę Wyszyńskiego w zachowaniu przez Polaków tożsamości narodowej i żywej wiary jest również wielkim tryumfem i zadośćuczynieniem dla starzejącego się i schorowanego już Prymasa.

W roku następnym powstała „Solidarność” – wolny związek zawodowy w komunistycznym państwie. Moment jego powstania okaże się początkiem końca komunizmu. Prymas Wyszyński poparł zarówno NSZZ „Solidarność” jak i „Solidarność” Rolników Indywidualnych. Ostrzegał tylko proroczo: „ (…) nie idzie o to, aby wymienić ludzi, tylko o to, aby ludzie się odmienili, aby byli inni, aby – powiem drastycznie – jedna klika złodziei nie wydarła klucza od państwowej kasy innej klice złodziei. Idzie o odnowę człowieka i ktoś to musi powiedzieć!”

Nareszcie przyszło to oczekiwane i wymodlone przez Prymasa „nowych ludzi plemię”. W czasie tej moralnej odnowy, przerwanej potem w grudniu 1981 r. przez stan wojenny na naród spadają dwa ciosy. W maju 1981 r. Papież zostaje postrzelony przez tureckiego zamachowca, prawdopodobnie wynajętego przez sowieckie służby specjalne. Długo walczy o życie w klinice Gemelli. A w tym samym czasie w Warszawie na Miodowej umiera prymas Stefan Wyszyński. Podczas ostatniej rozmowy telefonicznej z Ojcem Świętym zdąży jeszcze powiedzieć: „Ojcze… Łączy nas cierpienie… Módlmy się za siebie wzajemnie”.

Odchodząc Prymas Tysiąclecia stwierdził: „wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że nie będzie słabsza w Polsce, choćby ludzie się zmienili. (…) Moja droga był zawsze drogą Wielkiego Piątku. Jestem za nią Bogu bardzo wdzięczny”. Jego pogrzeb na Placu Zwycięstwa był wielką narodową manifestacją. Na trumnie złożono szarfę z napisem: „Niekoronowanemu królowi Polski”. Szarfa ta znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego.

Prymas Polski – Stefan kard. Wyszyński – zmarł 28 maja 1981 r. w Warszawie.

W warszawskiej katedrze św. Jana w czerwcu 1983 r. Jana Pawła II powiedział o nim: „.Dziękujemy dziś Trójcy Przenajświętszej za to ewangeliczne, paschalne dziedzictwo kardynała Stefana Wyszyńskiego, który pod krzyżem Chrystusa stawał zawsze razem z Maryją. >>Wszystko postawiłem na Maryję<<. Wobec Niej czuł się jak apostoł Jan, jak przybrany syn i jak rozmiłowany w Bogarodzicy >>niewolnik miłości<<. W tym bezwzględnym oddaniu znajdował swoją duchową wolność: tak, był człowiekiem wolnym i uczył nas, swoich rodaków, prawdziwej wolności. Był niestrudzonym rzecznikiem godności każdego człowieka oraz dobrego imienia Polski pośród narodów Europy i świata.”

JK