Jan Paweł II – pontyfikat

„I tu właśnie u stop tej przedziwnej sykstyńskiej polichromii
zbierają się kardynałowie –
wspólnota odpowiedzialna za dziedzictwo kluczy Królestwa.
Przychodzi właśnie tu.
I Michał Anioł znów ogarnia ich widzeniem.
>>W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy<<

(…)

Tak było w sierpniu, a potem w październiku pamiętnego
roku dwóch konklawe.
i tak będzie znów, gdy zajdzie potrzeba,
po mojej śmierci.”

Jan Paweł II, „Tryptyk rzymski”

 

“Annuntio vobis gaudium magnum: Habemus Papam! Eminentissimum ac reverendissimum Dominum, Dominum Carolum Sanctæ Romanæ Ecclesiæ Cardinalem Wojtyła, qui sibi nomen imposuit Ioannis Pauli.”

Gdy 18 października 1978 r. zostały wypowiedziane te słowa prawie nikt nie wiedział we Włoszech czego się należy spodziewać po uśmiechniętym cudzoziemcu ze wschodniej Europy. Już jednak słowa podczas mszy inaugurującej pontyfikat nowego papieża świadczyły o tym, że zaczyna się nowy etap w historii Kościoła: „Nie lękajcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie lękajcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!” „Papież z dalekiego kraju” od razu podbił serca rzymian swoją bezpośredniością i poczuciem humoru.

Jan Paweł II był także pierwszym od bardzo dawna prawdziwym „biskupem Rzymu”. W trakcie  swego pontyfikatu odwiedził niemal wszystkie parafie stolicy Włoch. Wkrótce okazało się, że stanie się także papieżem, który pielgrzymować będzie po całym świecie. Odbył aż 104 pielgrzymki zagraniczne. Odwiedził wszystkie zamieszkane kontynenty. W samych Włoszech liczba jego podróży zbliżyła się do 150.

Także pod wieloma innymi względami ten pontyfikat był wyjątkowy, niepowtarzalny.

Jan Paweł II urząd swój piastował najdłużej po świętym Piotrze i błogosławionym Piusie IX. Jego pontyfikat trwał dokładnie 9666 dni, czyli 26 i pół roku. W czasie jego trwania ogłosił błogosławionymi 1344 osób a kanonizował 483. Mianował też więcej kardynałów niż jakikolwiek z jego poprzedników – 231.

Ojciec Święty Jan Paweł II zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży, masowych spotkań głowy Kościoła z młodymi z całego globu. W czasie jednego z nich, w Manili w 1995 r., na spotkanie z nim 5 milionów osób! Niewiarygodna była siła jego oddziaływania, nie tylko na katolików, ale także na wyznawców innych religii i osoby bezwyznaniowe. W czasie tego pontyfikatu ponad 300 milionów ludzi przeszło na katolicyzm.

Papa Wojtyła jako pierwszy z papieży, w czasie błogosławieństw „Urbi et Orbi”, używał tak wielu języków – od ajmara po węgierski. Chętnie też pozdrawiał wiernych, w czasie swych pielgrzymek w ich narodowych językach. Sam mówił biegle po włosku, francusku, niemiecku, hiszpańsku, portugalsku i angielsku (choć narzekał po cichu, „ach jaki to straszny język”). No, i oczywiście znał łacinę i grekę – języki liturgiczne Kościoła.

Wiele innowacji wprowadzonych przez papieża Polaka zadziwiało media, lecz znajdowało aplauz wiernych: zwyczaj całowania ziemi odwiedzanych krajów, częste spotkania z duchownymi innych, również niechrześcijańskich, wyznań i religii.
Osobną kartę stanowi stosunek Jana Pawła II do Żydów i muzułmanów. Starał się nawiązywać, na ile to było możliwe, przyjazne stosunki z wyznawcami obu niechrześcijańskich religii monoteistycznych. Jako pierwszy papież przestąpił progi synagogi i spotkał się z młodzieżą muzułmańską w Casablance. Nie zawsze jego wielkie wysiłki spotykały się ze zrozumieniem, lecz nie ustawał w próbach dialogu. Oczywiście nie rezygnując z upartego przypominania, że jedynym Zbawicielem jest Jezus Chrystus.

Już pierwsze cztery pielgrzymki papieskie, wszystkie w 1979 r., były znamienne. W pierwszą podróż wyruszył Jana Paweł II do Meksyku. Kraju, który po wieloletnich antyklerykalnych rządach, dzięki niemu wracał z dumą do katolickiego dziedzictwa, nie zapominając zresztą o swych prekolumbijskich korzeniach. Nikt tak bowiem nie nobilitował Indian, jak Jan Paweł II, gdy kanonizował po latach Juana Diego, Indianina któremu w XVI w. ukazała się meksykańska Czarna Madonna – Virgen de Guadalupe.

Następna pielgrzymka, do ojczystego kraju, w czerwcu 1979 r. zmieniła świat. Po raz pierwszy do Polski przybył wikariusz Chrystusa na ziemi, witany z dumą przez sędziwego Prymasa Wyszyńskiego. Papież w Polsce, kraju przecież od kilkudziesięciu lat komunistycznym, czuł się znakomicie. Już pierwszego dnia w Warszawie na Placu Zwycięstwa padły słowa, które znają chyba wszyscy Polacy: „Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi.” W czasie pierwszego spotkania z młodymi ludźmi, pod akademickim kościołem św. Anny papież pytał: „Jaka jest miara serca ludzkiego, skoro wypełnić je może tylko Bóg. Duch Święty?” I odpowiadał: „(…) człowieka trzeba mierzyć miarą serca. (…) Człowiek stworzony przez Boga, na jego obraz i podobieństwo, jest równocześnie wezwany do tego, aby w nim objawiło się to, co jest z Boga. Aby w każdym z nas objawił się w jakiejś mierze Bóg”. Czy można było poważniej potraktować młodych ludzi, karmionych papką komunistycznej propagandy? I czy mogli oni przejść obok tych słów obojętnie? Oczywiście, że nie!

W Krakowie, mieście ukochanym do którego wrócił jako głowa Kościoła, Jana Paweł II stawiał kropkę nad i: „Proszę was abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, przyjęli raz jeszcze z wiarą, nadzieja i miłością (…) abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest największa, która się wyraziła przez Krzyż (…). Proszę was o to.”

Już w rok później okazało się, że Polacy wyciągnęli śmiałe, praktyczne wnioski z tego narodowego bierzmowania. Powstał bowiem Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”, do którego przystąpiło blisko 10 milionów ludzi. Los komunizmu, jak się miało okazać, był już przesądzony (Przypomnijmy, że prorokował to już Prymas Tysiąclecia w latach pięćdziesiątych).

Następną podroż Jan Paweł II odbył, poprzez wierną Kościołowi Irlandię, do Stanów Zjednoczonych. Również tam, podobnie jak w Meksyku, musiał przełamywać nawarstwione przez lata, antykatolickie uprzedzenia. Udało to mu się w pełni. „John Paul II, we love You!” – krzyczeli w Madison Square Garden młodzi amerykańscy katolicy. I wówczas, śmiejący się papież odpowiedział „Woo-hoo-woo – John Paul II, he loves you!”. I tak już miało pozostać w czasie wszystkich papieskich pielgrzymek do Stanów.

Ważkie słowa padły wówczas w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Papież zaczął od stwierdzenia, że polityka „jest z człowieka, przez człowieka i dla człowieka”. Ta zaś , która nie spełnia podstawowych wymogów humanistycznych traci rację bytu „popadając w antynomię z samym człowieczeństwem”. Wyraźnie mówił też o „niesprawiedliwości wyrządzanej duchowi ludzkiemu” w państwach, które „stworzyły takie formy życia społecznego, w których korzystanie z tych wolności (religijnych i politycznych przyp. JK) skazuje człowieka (…) na to, że staje się (…) obywatelem drugiej lub trzeciej kategorii, tracąc możliwość kariery zawodowej, piastowania odpowiedzialnych stanowisk, a nawet niezależnego kształcenia swych dzieci”. Tych zdecydowanych słów słuchali przedstawiciele reżimów komunistycznych, a także autorytarnych dyktatur. Ojciec Święty wcielał tym samym swe słowa z dni inauguracji pontyfikatu: „Nie lękajcie się!”

Także czwarta pielgrzymka Jana Pawła II w 1979 r. również nie należała do najłatwiejszych. A wybrał się w nią papież po raz pierwszy do kraju muzułmańskiego – Turcji. Tu, czyniąc ukłon w stronę gospodarzy cytował Koran i podkreślał wspólne moralne przesłania islamu i chrześcijaństwa. Najważniejszym jednak punktem wizyty było spotkanie z patriarchą Konstantynopola – Dimitriosem I. Pierwszy, jakże ważny krok, na drodze do dialogu ekumenicznego z prawosławiem na poziomie międzynarodowym został przez papieża uczyniony.

Rok 1979, pierwszy rok papieskiego pontyfikatu, niczym soczewce ukazał wszystko, co miało przynieść następujące po nim ćwierćwiecze – niezwykłą różnorodność zainteresowań Ojca Świętego, wynikających z potrzeb Kościoła i całej ludzkości. Ukazał też fascynację, jaką budziła osobowość Jana Pawła II na wszystkich kontynentach, we wszystkich odwiedzanych przez niego krajach.

Papież–pielgrzym pozostał również tym, kim był w Krakowie – człowiekiem nauki i pióra. W czasie swojego pontyfikatu napisał 14 encyklik. Od „Redemptor hominis” z roku 1979 r. (ze słynnym zdaniem: „Człowiek nie może żyć bez miłości”) po „Ecclesia de Eucharistia” z roku 2003 r. Ojciec Święty wydał również 45 listów apostolskich i 15 adhortacji apostolskich. Do tego dochodzi niezliczona niemal liczba przemówień, listów pasterskich i konstytucji apostolskich.

Już jako Jan Paweł II opublikował cztery własne książki: „Przekroczyć próg nadziei”, „Dar i tajemnica”, „Wstańcie chodźmy” oraz „Pamięć i tożsamość”. W roku 2003 r. wydał też, wracając po dziesięcioleciach do poezji, „Tryptyk rzymski” – swoje najwybitniejsze dzieło literackie.

Jan Paweł II stał się największym autorytetem moralnym dla świata. Zawsze występował w obronie pokoju. Twardo opowiadając się przeciwko totalitarnemu komunizmowi i przyczyniając się w decydujący sposób do jego upadku, krytykował również zrelatywizowany świat Zachodu, nastawiony głównie na zysk i pozbawiony międzyludzkiej solidarności, do której zawsze wzywał Ojciec Święty. Nieugięcie bronił życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Na wszystkie zniewagi odpowiadał z miłością, ale stanowczo. Wiedział, że ludzkość potrzebuje prawdy i miłości. Na tych dwóch nierozłącznych wartościach zbudowane było całe jego nauczanie.

Liczne świadectwa mówią nam o papieżu przede wszystkim jako o człowieku modlitwy. Cała Polska, a wraz nią świat, mogła obserwować papieską modlitwę na Wawelu w czasie jego ostatniej pielgrzymki do naszego kraju w roku 2002 r. Jan Paweł II modlił się wówczas przez 35 minut całkowicie oderwany od otaczających go ludzi, nie zwracając uwagi na kamery telewizyjne…

W byłym aktorze Teatru Rapsodycznego nie było bowiem nic na pokaz. Gdy się modlił, to modlił się prawdziwie. Gdy żartował o kremówkach w Wadowicach czy o wierszu Słowackiego zapowiadającym „słowiańskiego papieża”, to czynił to zawsze w sposób naturalny i delikatny. Czy na tym więc polegała tajemnica tego człowieka? Chyba nie tylko…

Ojciec Święty był wielkim czcicielem Matki Bożej. Jej powierzył całe swe życie, pontyfikat i losy świata. Wierzył, że 13 maja 1981 r., gdy strzelał do niego wynajęty prawdopodobnie przez sowieckie KGB turecki zamachowiec, to Matka Boża Fatimska ocaliła mu życie. Jego maryjność była wyrazem głębokiej więzi z Bogiem. Stąd czerpał swe niezwykłe siły.

Wszystkich zachęcał do ufności Bogu. Ufności trudnej, lecz niezbędnej jeśli chce się być w pełni człowiekiem, czyli tym, który „bezinteresownie potrafi dawać innym samego siebie”. Miłosierdziu Bożemu, którego był propagatorem, jeszcze w latach krakowskich, powierzał wszystkich wierzących na całym świecie. Wymagał od nich w ślad za świętą Faustyną Kowalską, którą wyniósł na ołtarze, by dali Panu Bogu szansę, kochając bliźnich, w których ukryte jest oblicze Zbawiciela.

Nigdy przy tym nie pozwalał na zniekształcenie prawd wiary. Potrafił krzyczeć, jak w 1983 r. w Nikaragui, gdzie nie pozwolił się zastraszyć wyznawcom fałszywej „teologii wyzwolenia”, czy w 8 lat później w Kielcach, gdzie przypomniał, że jest Polakiem i nie może być mu obojętną hekatomba dzieci nienarodzonych zabijanych w naszym kraju w wyniku aborcji.
Młodym ludziom w czasie pielgrzymki do Polski w 1987 r. opowiadał szczerze o latach swojej młodości: „pamiętam, że kiedy byłem młody tak jak wy i czytałem Ewangelię, to dla mnie najsilniejszym argumentem za prawdziwością tego co czytałem było to, że tam nie ma żadnej taniej obietnicy. (…) Mnie to bardzo przekonywało, ponieważ normalnie ludzie starają się pociągać innych obietnicami. Obietnicami, karierą, korzyściami: co ci z tego przyjdzie, będziesz miał z tego to a to, a tamto…”

Jan Paweł II również niczego ludziom nie obiecywał. Poza życiem wiecznym, jeżeli pójdą za Chrystusem. I dlatego, być może, poszło za nim tak wielu…

W ostatnich latach życia papież bardzo cierpiał. Był ciężko chory i nie zamierzał ukrywać przed światem swojej choroby, starości i bólu. Czynił to wszystko bez śladu ekshibicjonizmu. Cierpienie swe powierzył Bogu. Umierał na oczach, zdumionego jego odwagą, świata. Pogodzony ze śmiercią, która dla niego była tylko „odejściem do domu Ojca”.

Zmarł 2 kwietnia 2005 r. w Pałacu Apostolskim w Watykanie.

Jego śmierć poruszyła niemal wszystkich. Cały cywilizowany świat przybył na pogrzeb Ojca Świętego do Rzymu 8 kwietnia 2005 r. Prostą, cyprysową trumnę otaczali najważniejsi politycy z całego świata, lecz przede wszystkim miliony wiernych, którzy przybyli do Wiecznego Miasta i setki milionów przed telewizorami, gdy wiejący porywiście wiatr zamykał księgę z Ewangelią położoną na trumnie Jana Pawła II Wielkiego.

Co z księgi jego życia odczytamy i zamienimy w czyn owocujący dobrem, zależy już tylko od nas.

1 maja 2011 r. Benedykt XVI beatyfikował, a 27 kwietnia 2014 r. Franciszek  kanonizował Jana Pawła II.

JK